świat jest zorientowany na kobiety, mówisz
bo te egzotyczne rozróżnienia na zlew
nie chce mi się tego rozumieć
gorąco się z tym nie zgadzam
i ustawiam piec – łukiem triumfalnym domu
czasem warto usłyszeć opowieści starych kobiet
kiedy podnosisz kamień ziemia staje się lżejsza
a twoja dłoń cięższa
Zagłada linii papilarnych
Opuszka: W nim coś się stało, nie sądzisz?
Ciarki: Tak, źródła magii wyschły.
Opuszka: Dawno, dawniej niż nigdy w brudny świt w Gdańsku,
w dziesięć na piętnaście centymetrów wspomnienia.
Ciarki: Oczy jak dym za szkłem, zobacz.
Opuszka: Ale przecież tańczy!
Ciarki: Udaje. Wiem, że w domu chowa prześcieradło z którego przestał być dumny.
Opuszka: Hm, gdyby nie ta szybka to już by mruczał.
W reakcji głodowej ryzykownych skojarzeń
pukam do ust pokoi
trudno ocenić czas
sufit wstając rano
ucisk na plecy leżąc w ciemności na wznak
ja, miłość
rozpoznana ciut za szybko
w rozpalonej trzeźwości
ryzykownych skojarzeń
reakcji głodowej
robię realizm
z wyraźnym er korytarz
w smutny upał
w smak kawy i krwi
samoizolacja w skrzeku kakadu
w pożar
potem w powódź
i już niewiele rzęs zostało
w język, co nie trafia
i w powietrze, co się nie goi
wiosenny kwiat rośnie w bardzo starym lesie
twardy rysunek 3H
białe rondo kapelusza
niewinny pierścień Saturna
ty – ziewający do nieba wykrzyknik
słyszę w nocy jak przewraca się w tobie tłuszcz
strachu, na drugi brzeg byle do jutra
twoje słowa zostawiają na mnie plamy
drzazgi gdy głaszczę ekran naszego czata
zazdrosny laptop wyłącza się kiedy się kochamy
budzi nas w środku nocy
niespełnienie, wyprowadza cię na kanapę jakiegoś pokoju
o którym istnieniu dowiaduję się tylko ze snu
jestem sarną i chodzę z tobą pod rękę
w grzecznym lesie
przed nami dryfujące skały
wkrótce ponownie usłyszę
nie wiedziałem że popiół jest tak miękki
Nazwę cię Szafał
tak na cześć mojej szafy
ona też nie ma żadnego kąta prostego
Na ekologicznej karcie SD
przechowujesz fotografie domu
kryształy kortyzolu na meblościance
W całym swoim życiu na myślenie o bogactwie poświęciłeś dwie godziny
no może cztery
W ciągu trzech ostatnich kaskad zauroczyła cię
hałda szkła warunkowej miłości
Słoneczko, promyczków niepełne
dziecko wyuczone strachu
krwionośnik czerwona glina
tępo oszlifowane krawędzie cyborga
patrzę na to łóżko w mroku
tam leżymy my
tam miłość leży
w kształcie światła niespokojna
lepka od boga
szczera i ufna
miłość wynajmująca młode i stare ciała
czyjeś nogi i stopy
czekamy
na ten sam tramwaj
szynami palić czas
już dziesięć lat się tli
coś, w popielatej ciszy
miękko nazywa daty
ciepłem, dachowej papy
wszystko co bezludne oswajamy
nago, w bród w oddechy nie pełne
nocą niebo płonie
nad rzeką nad snem
a w śnie głowa
rzeczny kamień oble nieruchomy
w środku zamieszkała zbyt mądra chmura
o kolorze zimnej wojny
domu dach opada na dwie strony
równika, linia rysuje drzwi
geometryczny placek ciepła
do wchodzenia i do wychodzenia
do mimowolnego ustalania wnętrz
dom o progu nie do przejścia
stan zapalny czasownika
jak odruch bezwarunkowy ucieczka
nie śpię
jedwabisty kłębek ciszy
na języku, pestka kwaśnej wiosny
matowy poranek
Animus ani mus/ For_matka
zrobiła się pusta – wylałeś się
przeciekłeś przez opuszka palca serdecznego
wydrążona misa bioder
podstawia się pod deszcz wiórów z brązu
są małe i mienią się jak brokat jak mak
którym rzucaliśmy w belkę stropową na znak więzi
z duchami, zje kutię i wpadnie w sen zimowy
odkryje gdzie leżały fundamenty domu
powracającego snu dzieciństwa
nie czas na firanki nie ma okien nie ma ścian
ale komin już stoi i tatuuje powietrze
obecnością, woła po imieniu:
natalioewowandoelżbietomariannoanastazjo
prawe oko płacze wcześniej
oko prawe szybciej kapie piecze
rodowa łuszczyca oka
jaskra i zaćma kobiet kopnięta kibić
kap kap kapię sobie do podusi
ani mru mru warkocz dusi
plecionka dziejów miga mruga
na dobranoc na wersalce
tej co zjadły babcię mole
chodzi lisek koło drogi
tańczy śpiewa w kole dole
kosi łapci kosi nogi
jezdnia smoła dookoła
ciarki ślipki śniące słońce
na kocyku na huśtawce
ciało spało miło mało
gituwy
pijawki zamiast brwi
armia palców uzbrojonych w łopaty
szpadlem wskazującym nieskończoność
podajesz mi grobowa ziemię
czasem
odplam
w sobie
gituwę
naprawdę to potrafię
i wtedy się mnie lubi a czasem nawet boi
i wtedy się mnie lubi a czasem nawet boi
kiedy ją pokazuję taką niby to broń
to widać
że jest zrobiona
przez inne kobiety
z tego
co miały
to takie super rozczarowujące
ale
zawsze robi wrażenie
poważnie
uwierz mi
jest niebezpiecznie dziadowska
kiedy staję szeroko w rozkroku
a nogi wrastają mi w ziemię
kiedy staję szeroko w rozkroku
a nogi wrastają mi w pole
w którym
byłyśmy
kiedyś zakopane
wciągamy korzenny pył
który zatokami
przetacza
kamienie otępiałych źrenic
moja
i twoja
źre-nicość
błąkających się tęczówek
to nie sen
to pustka
w której oleisty kurz
daje nam ślub
czarna kreska na powiece
powoli
zbliża się
do serca
trawestacja wiersza Gituwa, Katarzyny Malejki
A ja tu wybijam swoje bicie serca
o tobie
i o mnie
i o tej sytuacji
Pamiętam
jak byłam w Australii
i przypominały mi się kaloryfery
takie rzeźby
rzeźby domowe
rzeźby pokojowe na salonach
dziwne
rytmiczne
kanciaste
obrastające tłustym ciepłem
i jak kładłam na nie
mokre skarpetki
łoooo mamo!
dlaczego nie jesteś ciepła jak kaloryfer?!
dlaczego nie suszysz moich skarpetek?!
dlaczego nie jesteś ciepła jak kaloryfer?!
dlaczego nie suszysz moich skarpetek?!
Mamo! Ściano!
alkoholu oparów damo
mamo!
lodowa królowo samosabotażu
bramo rozkosznego bólu
w tobie temperatura przewyższa warozę u ulu
warkoczem kroczę w dziedzictwie bólu
przeplot wódy i wody
to są nasze genów kody
lodowej góry lśniące szczyty
gdzie mnie widzisz
gdzie mnie słyszysz
teraz
teraz
teraz
łoooo mamo!
dlaczego nie jesteś ciepła jak kaloryfer?!
dlaczego nie suszysz moich skarpetek?!
dlaczego nie jesteś ciepła jak kaloryfer?!
dlaczego nie suszysz moich skarpetek?!
dzierżysz berło mocy
prze-mocy
gdybyś tylko chciała przyjąć moją moc
po-moc
Mamo! Ściano!